Naprawdę warto - Hanna Pasterny

Na początku lutego br. wyjechałam na ponad dwa miesiące do Niemiec na staż, organizowany

przez firmę "Medison" Wojciecha Maja, a finansowany przez unijny program "Leonardo

da Vinci" oraz kielecki oddział Caritasu. Celem stażu było przygotowanie jego uczestników

do poszukiwania i utrzymania zatrudnienia. W wyjeździe uczestniczyło szesnastu niewidomych

i niedowidzących z całej Polski (dwa lata temu w poprzedniej, pierwszej edycji, wzięło

udział 8 osób).

Do Utzenfeld, bo to był cel naszej podróży, wyruszyliśmy autokarem z Kielc w środę

po południu. To niewielkie, liczące około 650 mieszkańców miasteczko w Schwartzwaldzie,

ze stadniną koni oraz kilkoma sklepami: spożywczym, z antenami satelitarnymi i salonem

samochodowym, jest wymarzonym miejscem na wypoczynek i rajem dla turystów, którzy

nie tylko mogą tu uprawiać turystykę górską, lecz także szybko i łatwo dostać się

do Francji i Szwajcarii, oddalonych zaledwie o około 40 kilometrów.

Nasza grupa mieszkała w Haus Barnabas im Engel, czyli pensjonacie, prowadzonym przez

brytyjskiego pastora Lena Holdera i jego żonę Phyl. Mieszka w nim również druga brytyjska

rodzina: Deb i Tim oraz ich dzieci - Tom i Esther.

Większość osób zakwaterowano w czteroosobowych pokojach. W tym miejscu pragnę gorąco

podziękować moim współlokatorkom z pokoju nr 6 - Ali Słowik, Sylwii Grzybek i Magdzie

Raczyńskiej. Doskonale się rozumiałyśmy, co przy tak długim wyjeździe jest bardzo

ważne.

Dzień powszedni w Haus Barnabas zaczynał się o 8.30 śniadaniem. Zgodnie ze zwyczajem

domu, przed każdym posiłkiem śpiewaliśmy modlitwę - najpierw po polsku, potem po

angielsku. Posiłkom często towarzyszyła muzyka klasyczna z głośników. Godzinę później

był angielski w wielofunkcyjnym pokoju, który - w zależności od potrzeb - pełnił

rolę klasy, salonu lub kaplicy. Len dawał nam wydrukowany fragment Biblii. Byłam

bardzo zaskoczona, gdy okazało się, że niewidomi dostają teksty w brajlu. Zdarza

się to niestety bardzo rzadko nawet na wyjazdach organizowanych przez Polski Związek

Niewidomych. Tymczasem nasi gospodarze specjalnie dla nas kupili brajlowską drukarkę.

Mogliśmy więc w pełni korzystać z lekcji. Praca z tekstem trwała pół godziny. Tę

część lekcji Len kończył modlitwą. Następnie dzieliliśmy się na dwie grupy: zaawansowaną,

która zostawała z Lenem, i początkującą, która szła do Deb, gdzie również czekały

na nią wydrukowane teksty.

Po przerwie na kawę były zajęcia z komunikacji, prowadzone ciekawie i profesjonalnie

przez Agnieszkę, żonę Wojtka. Uczyliśmy się m.in.: odpowiedniego formułowania pytań,

asertywności, konstruktywnej krytyki, której każdy z nas musiał się poddać, pisania

listu motywacyjnego. Dostaliśmy również do samodzielnego wykonania dwa zadania, które

przez kilka dni przygotowywaliśmy w grupach. Należało samodzielnie wyszukać potrzebne

informacje, rozdzielić zadania, opracować projekty i ciekawie je zaprezentować. Dzięki

temu doświadczeniu uczyliśmy się negocjacji, podejmowania decyzji oraz trudnej sztuki

kompromisu. Wszyscy mogliśmy też doświadczyć wrażeń związanych z rozmową kwalifikacyjną.

Agnieszka była surowym i wymagającym pracodawcą. Dzięki temu w przyszłości z pewnością

uda nam się, już na prawdziwej rozmowie, uniknąć wielu błędów.

Natomiast po południu były trzygodzinne zajęcia komputerowe. Lekcje prowadził Wojtek.

Zapoznawał nas z różnymi użytecznymi programami: FineReaderem, Wordem, Outlook Expressem,

uczył tworzenia tabel oraz podstaw Excela.

W poniedziałki po południu pod czujnym okiem Agnieszki przygotowywaliśmy na kolację

polskie dania, które bardzo smakowały gospodarzom. W kuchni były też dyżury: nakrywanie

do stołu i zmywanie naczyń.

Miłośnicy muzyki klasycznej zorganizowali kilka wieczorów przy świecach. Słuchaliśmy

m.in. pięknego oratorium "Tu es Petrus". W środy wieczorem, w domu, odbywało się

czytanie Biblii, w którym również mogliśmy uczestniczyć. Len przygotowywał fragment

Pisma Świętego, który czytaliśmy i analizowaliśmy.

Raz w tygodniu były wycieczki. Zwiedziliśmy francuskie miasteczko Colmar, dotykowe

zoo we Freiburgu, fabrykę urządzeń brajlowskich, muzeum mechanicznych instrumentów

muzycznych, katedrę w Bazylei i sanktuarium Matki Boskiej w Todtmoos, którym opiekują

się paulini z Częstochowy. Byliśmy również u źródeł Dunaju, na zakończeniu karnawału

w Lorrach oraz w parku Minimundus, gdzie znajdują się miniatury różnych budowli z

całego świata. Była też okazja do zrobienia zakupów w sklepie ze sprzętem dla niewidomych.

Prócz białych lasek, zegarków oraz innych znanych nam przedmiotów można było kupić

m.in.: bezpieczny otwieracz do puszek (kupiłam i nie żałuję; jest naprawdę świetny

i nie można się skaleczyć), korkociąg, ostrzałkę i elektryczne urządzenie sygnalizujące

dźwiękiem stopień usmażenia mięsa.

W Strasburgu najpierw płynęliśmy statkiem, następnie wyruszyliśmy na podbój Parlamentu

Europejskiego. O jego pracy opowiedział nam eurodeputowany Adam Bielan, który wprowadził

nas również na galerię. Założyliśmy niewygodne, plastikowe słuchawki (posłowie mają

takie same), wybraliśmy tłumaczenie na interesujący nas język i przez godzinę przysłuchiwaliśmy

się parlamentarnym obradom.

Zwiedziliśmy też szkołę dla niewidomych w Zurichu, w której uczy się również kilku

cudzoziemców. Zaskoczyła nas informacja, że dla trzydzieściorga uczących się tam

dzieci i młodzieży zatrudniony jest aż trzydziestopięcioosobowy personel. Uczestniczyliśmy

w lekcji gimnastyki, obejrzeliśmy używany tam sprzęt. Podobała mi się bogato wyposażona

pracownia gospodarstwa domowego.

W Utzenfeld mieliśmy też gości. Najpierw odwiedziła nas Maureen Duffy, profesor z

Pensylvania College of Optometry, gdzie przygotowuje studentów do pracy z niewidomymi

i niedowidzącymi. Wraz z Agnieszką wprowadziła nas w tajniki sztuki makijażu, który

po jej wyjeździe wytrwale ćwiczyłyśmy pod okiem Agnieszki.

Na kilka dni przyjechał też do nas ksiądz Andrzej Drapała - wicedyrektor kieleckiego

Caritasu i koordynator projektu. Okazał się wspaniałym przewodnikiem i świetnie robiło

mi się z nim zakupy.

W każdą niedzielę o 10. w naszym domu odbywały się nabożeństwa, które odprawiał Len.

Jeśli była taka potrzeba, tłumaczono je z angielskiego na niemiecki, a Wojtek tłumaczył

na polski. Ja również trzykrotnie tłumaczyłam i było to dla mnie ogromnym przeżyciem.

Podczas nabożeństw śpiewaliśmy pieśni, których uczyliśmy się w sobotnie wieczory.

Po zakończeniu ceremonii wszyscy wierni byli zapraszani na słodki poczęstunek.

Mimo że czasami bywały trudne chwile, z pobytu w Utzenfeld jestem bardzo zadowolona.

Urzekła mnie ciepła, rodzinna atmosfera domu, poznałam wspaniałych ludzi, sporo się

nauczyłam, wiele otrzymałam, wiele mogłam też dać innym. Na pewno nigdy nie zapomnę

tych niezwykłych dziewięciu tygodni.

Jako że z pewnością do Utzenfeld wyjadą kolejne grupy, na koniec kilka praktycznych

rad. Przebywanie w grupie przez tak długi okres czasami jest bardzo trudne, dlatego

należy mieć świadomość, iż niejednokrotnie trzeba pójść na kompromis. Warto też postawić

na szczerość. Nasz pokój zrobił tak od samego początku, dzięki czemu uniknęłyśmy

niepotrzebnych konfliktów.

Tamtejsza woda bardzo wysusza skórę. Koniecznie należy więc wziąć ze sobą krem nawilżający

i balsam po kąpieli. Jednak nie róbcie zbyt dużych zapasów, ponieważ w Niemczech

kosmetyki są znacznie tańsze niż w Polsce.

Radziłabym również pamiętać o środkach przeciwbólowych i na problemy żołądkowe. Zmiana

żywienia i wody początkowo wielu z nas dała się we znaki.

Mimo że, teoretycznie, podczas pobytu w Niemczech można by nie wydać ani centa, sugeruję

wziąć trochę gotówki. W tamtejszych sklepach jest wiele wyprzedaży. Dzięki radom

Agnieszki kupiłam trochę porządnych ubrań za naprawdę niewielkie pieniądze. W sklepach

czyhają też inne pokusy. Na pocieszenie dodam, że w wielu z nich można płacić kartą.

Jeśli będziecie mieli okazję uczestniczyć w podobnym stażu, skorzystajcie z niej.

Naprawdę warto. Informacji należy szukać na stronie firmy "Medison":

www.medison.info.

 

Pochodnia, czerwiec 2006