Kreowanie postaw - Hanna Pasterny

 

W ubiegłym roku uczestniczyłam w XIII Letniej Szkole Liderów Społeczeństwa Obywatelskiego.

Szkoła Liderów powstała w 1994 roku, z inicjatywy profesora Oxfordu Zbigniewa Pełczyńskiego.

Trzy lata później przekształciła się w stowarzyszenie, którego misją jest wspieranie

rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. O istnieniu stowarzyszenia dowiedziałam się

kilka miesięcy wcześniej, gdy w portalu www.niepelnosprawni.info przeczytałam artykuł

Mariusza Barczaka, niepełnosprawnego uczestnika poprzedniej edycji Szkoły. Tekst

bardzo mnie zainteresował, postanowiłam więc zgłosić się na kurs dla młodych liderów.

Pod koniec maja wysłałam wypełniony formularz zgłoszeniowy (oczywiście zaznaczyłam,

że jestem niewidoma) oraz dwa listy referencyjne. Na stronie stowarzyszenia
(www.szkola- liderow.pl) przeczytałam, że na rozmowę zostanie zaproszona tylko część osób, a o tym, kto ostatecznie będzie uczestniczył w szkoleniu, dowiemy się kilka dni po rozmowie. W połowie czerwca na stronie tej pojawiły się wreszcie wyniki, na które niecierpliwie czekałam. Do drugiego etapu przeszły 73 osoby, w tym także ja. Rozmowę miałam 20 czerwca, w warszawskiej siedzibie Stowarzyszenia.

Komisja składała się z trzech panów: profesora Zbigniewa Pełczyńskiego - dyrektora

Szkoły Liderów, Przemysława Radwana oraz koordynatora projektu - Daniela Lichoty.

Gdy weszłam z białą laską, po kolei się przedstawili. Dzięki temu zmniejszył się

nieco mój związany z rozmową stres. Sama rozmowa trwała ok. dziesięciu minut. Pytano

głównie o plany na przyszłość, zarówno te zawodowe, jak i związane z działalnością

społeczną. Profesor zapytał też o działalność Polskiego Związku Niewidomych. Pytań

było sporo. Musiałam odpowiadać w szybkim tempie i nie dać się zaskoczyć.

22 czerwca wieczorem na stronie Szkoły pojawiły się wyniki. Znalezienie się w grupie

wybranych, razem z pełnosprawnymi działaczami, bardzo mnie ucieszyło, lecz także

przeraziło. Zastanawiałam się, czy sobie poradzę, czy nie będę odstawać od grupy

i jak zareaguje ona na to, że jestem niewidoma.

Pod koniec sierpnia dostałam materiały, które musiałam zeskanować, przeczytać i zabrać

ze sobą do podwarszawskiego Popowa, gdzie odbywało się szkolenie. Objuczona dwoma

plecakami, z nieodłącznym od niedawna mówiącym notatnikiem Kajetek, 5 września o

świcie wyruszyłam stawić czoła nowemu, jakże interesującemu wyzwaniu.

Letnia Szkoła rozpoczęła się w Warszawie w Fundacji Batorego. Dostaliśmy identyfikatory,

podzielono nas na grupy asystenckie (sześcio- i siedmioosobowe) i dano nam trochę

czasu na wzajemne poznanie się. Następnie odbyło się oficjalne otwarcie. Po lunchu

autokar zawiózł nas do Popowa. Zamieszkaliśmy w ośrodku Caritasu w dwuosobowych pokojach z łazienkami. Mieszkałam z Ewą z Białej Podlaskiej. To wspaniała dziewczyna i bardzo dobrze się dogadywałyśmy.

Wieczorem i następnego dnia mieliśmy zajęcia z budowania zespołu, polegające na szukaniu

na podstawie mapy ukrytych w lesie informacji, wchodzeniu na stos skrzynek, chodzeniu

po linach, przechodzeniu przez sieć, budowaniu mostu z belek, itd. W celu rozwiązania

zadań musieliśmy ściśle współpracować, co szybko zintegrowało grupę. Moje koleżanki

i koledzy pomagali mi podczas tych ćwiczeń sprawnościowych, dzięki czemu odważyłam

się wejść na skrzynki, a nawet przejść po rozwieszonej między drzewami linie.

Program Szkoły był bardzo interesujący. Uczyliśmy się sztuki prowadzenia debat, najpierw

w grupach, a potem dla chętnych przed publicznością. Stanowili ją wszyscy uczestnicy,

czyli 38 kursantów, w tym chłopak z Białorusi, profesor, jego asystent, koordynator,

sześciu asystentów grup i tłumaczka języka migowego (była z nami niesłysząca Ania).

Zgłosiłam się do pierwszej debaty, której tematem była edukacja. Przypadła mi rola

drugiego posła opozycji. Na koniec publiczność wybierała najlepszego mówcę. Gdy się

okazało, że wygrałam tajne głosowanie, byłam zaskoczona i bardzo się ucieszyłam.

Mieliśmy także zajęcia z planowania własnego rozwoju, kreowania wizji, przywództwa

i negocjacji. Trochę było też o technikach manipulacji.

Bardzo podobało mi się spotkanie z Janem Wróblem, założycielem pierwszej szkoły społecznej w Polsce, który mówił o zachowaniu się podczas wystąpień publicznych. Pozytywne wrażenie zrobiła na mnie senator Olga Krzyżanowska i jej wykład "Polityka to misja, czy kariera?".

O przywództwie interesująco mówił dyrektor generalny firmy Johnson & Johnson, która

była jednym z naszych sponsorów. Witold Ferenc i Tomasz Żukowski ciekawie i fachowo

zanalizowali kampanię wyborczą. Zadowolona jestem także z panelu dyskusyjnego, prowadzonego przez księdza Mieczysława Puzewicza i socjologa Tomasza Mertę, pt. "Te dni po śmierci papieża zmieniły młode pokolenie?". Wydawało mi się, że ten temat jest już tak przegadany ze wszystkich możliwych stron, iż będzie nudno. Jednak panowie profesjonalnie poprowadzili ten panel, nie zachowywali się stereotypowo i trzeźwo patrzyli na świat. Podobał mi się też wykład Krzysztofa Margola: "Dlaczego działam" oraz prof. Leona Kieresa: "Jakiej lustracji potrzebuje Polska?".

Przedostatniego dnia wieczorem dostaliśmy nowe zadanie. Tytuł projektu brzmiał: "Mieszkańcy Serocka głosują". Serock to miasteczko koło Popowa. Musieliśmy zachęcić jego mieszkańców do udziału w najbliższych wyborach. W nocy pracowaliśmy więc nad ulotkami, plakatami, kontaktowaliśmy się z lokalnymi mediami i układaliśmy piosenki wyborcze. W piątkowe przedpołudnie zorganizowaliśmy na rynku happening. Nie było zbyt wielu ludzi, gdyż padał deszcz. Mimo to z realizacji projektu byliśmy zadowoleni. Praca nad nim pozwoliła nam wykorzystać praktycznie to, czego przez poprzednie dni się uczyliśmy.

Raz wyrwaliśmy się z naszego cudownie cichego lasu. Pojechaliśmy do Warszawy, gdzie

mieliśmy spotkanie ze sponsorami, wykład poświęcony owocnemu kontaktowi z nimi, zwiedzanie pałacu prezydenckiego, spotkanie z Barbarą Labudą oraz pyszny, wręcz królewski lunch, który po caritasowskim jedzeniu bardzo nam smakował.

Szkolenie było bardzo intensywne. Zajęcia mieliśmy od 8. do 22., a czasem nawet do

23. Co jakiś czas pojawiały się komunikaty na temat ubioru: "Macie się ubrać oficjalnie,

półoficjalnie lub też na luzie". Podczas krótkich przerw biegaliśmy więc się przebierać. W noc pracy nad projektem finałowym położyłam się przed trzecią, a niektórzy

jeszcze później. W leśnej ciszy, z dala od samochodów i miejskiego hałasu, spało

się wspaniale.

Wieczorami, w grupach asystenckich, mieliśmy konwersatoria. Dyskutowaliśmy na temat

otrzymanego wcześniej artykułu. Ja prowadziłam konwersatorium o kłamstwie. Początkowo

było to dla mnie stresujące, gdyż bez uprzedzenia asystenci połączyli dwie grupy,

czyli było o połowę więcej ludzi. Trudno było mi rozplanować czas. Na szczęście się

rozkręciłam i zostałam oceniona pozytywnie.

Bardzo duże wrażenie wywarł na mnie prof. Pełczyński (6 września wieczorem Telewizja

Polska wyemitowała o nim film pt. "Lider"). Po II wojnie wyjechał do Anglii, gdzie

się ożenił i gdzie nadal mieszka. Przez kilkadziesiąt lat był wykładowcą Oxfordu.

Jego studentem był m.in. były prezydent Stanów Zjednoczonych Bill Clinton. Mimo że

w grudniu skończył 80 lat, nadal jest bardzo aktywny. Ujęła mnie również jego umiejętność

otwartego mówienia o swoich sukcesach, wytrwałość oraz dystans do siebie. Kilka razy

miałam okazję z profesorem porozmawiać. Zaproponował mi poprowadzenie jednej części

przygotowanego przez niego spotkania na temat niepełnosprawnych w społeczeństwie

obywatelskim. Mimo że nie było ono obowiązkowe, przyszło sporo osób. Dyskutowaliśmy

prawie do północy.

Z pobytu w Popowie jestem bardzo zadowolona; poznałam wspaniałych ludzi, naładowałam

akumulatory i nabrałam pewności siebie. Podczas wystąpień publicznych nie drżą mi

już ręce, kolana i głos. Dzięki ciekawym zajęciom uczyliśmy się współpracy, ale także

zdrowego współzawodnictwa. Nigdy nie byłam dyskryminowana. Uważam, że mimo zmęczenia i czasami zimnej wody warto było pojechać do Popowa.

 

Pochodnia, luty 2006

 

 

Szkolenie to nie wczasy - Hanna Pasterny

 

Od Autorki

W poprzednim numerze "Pochodni" w artykule "Kreowanie postaw" pisałam o szkoleniu

zorganizowanym przez Stowarzyszenie "Szkoła Liderów". W tym chcę poinformować o kolejnej jego inicjatywie - Szkole Liderów Organizacji Pozarządowych, w której również uczestniczyłam.

Pod koniec października ub. roku ogłoszono konkurs na asystentów. Pełna optymizmu,

lecz również skrupułów i wahań, wysłałam dokumenty i zostałam zakwalifikowana. Tym

razem bałam się znacznie bardziej niż we wrześniu. Nie wiedziałam, jak będzie wyglądał

mój kontakt z grupą, czy uda mi się zbudować autorytet, wzbudzić zaufanie, rozwiązać

ewentualne konflikty, ogarnąć wszystko bezwzrokowo, nie popełniając zbyt wielu gaf.

Otuchy dodawał mi fakt, że znałam większość asystentów. Do moich zadań należało:

poranna ewaluacja w dziesięcioosobowej, zróżnicowanej wiekowo grupie (od osiemnastu

do ponad czterdziestu lat), prowadzenie wieczornych konwersatoriów, przeprowadzenie

warsztatu debatanckiego, udział w debacie pokazowej, telefonowanie do wykładowców

i zanotowanie potrzebnych do spisania umów danych oraz zajęcie się kilkorgiem gości.

Te 12 dni w Miętnem (bo tam odbywały się zajęcia) były dla mnie dość stresujące,

lecz także bardzo cenne i wzbogacające. Jeszcze bardziej uwierzyłam we własne siły

i możliwości. Popełniłam kilka gaf: np. na początku jednego z wykładów miałam przedstawić

prowadzącą go panią. W pewnym momencie rozpoczęła ona wykład. Byłam pewna, że na

nią czekamy, a okazało się, że gdy wchodziliśmy do sali, ona już tam była. Przedstawiła

się więc sama, świat się nie zawalił, a ja po jakimś czasie zrozumiałam, że niepotrzebnie

się tym przejmuję. Gdy podczas przerwy na kawę przeprosiłam ją i wytłumaczyłam, na

czym polegało nieporozumienie, obie się z tego śmiałyśmy.

Wielu niepełnosprawnych twierdzi, że nikt się z nimi nie liczy i nie mają na nic

wpływu. Osoby te zamykają się w domach, w swoim zgorzknieniu i roszczeniach. A przecież

od nas wiele zależy! Każdy ma jakiś talent, który może wykorzystać w służbie innym.

Ważne jest, by mieć w sobie wiarę, nadzieję i chęć dzielenia się swoimi darami. Możemy

aktywnie działać na gruncie społecznym i politycznym. Tylko angażując się, będziemy

mieli wpływ na własne życie.

Podczas kwalifikacji organizatorzy Szkoły Liderów wybierają osoby, które nie tylko

mają ciekawe osiągnięcia i dokonania, lecz także wizję dalszego wspierania rozwoju

swojego regionu i kraju. Jeśli więc jesteś ambitny, nie boisz się nowych wyzwań,

robisz coś wartościowego i masz interesujące plany na przyszłość, Letnia Szkoła Liderów

z pewnością jest dla ciebie. Przyjmowane są osoby w wieku 20-35 lat.

Jako że niejednokrotnie uczestniczyłam w szkoleniach organizowanych specjalnie dla

niewidomych i niedowidzących, zauważyłam, że wielu uczestników jeździ na nie tylko

po to, by spotkać się ze znajomymi, poznać nowych ludzi, wypić morze alkoholu i poimprezować.

Żądają oni od wykładowców, by ograniczyli zajęcia do pogaduszek, zabaw i szczegółowego

przedstawiania się. Z niezrozumiałych dla mnie względów wykładowcy, nawet ci, którzy

szkolenia dla pełnosprawnych prowadzą profesjonalnie i ciekawie, zazwyczaj ulegają

tym naciskom i dają "biednym" niewidomym spokój, bo po co ich męczyć. Ci kursanci,

którzy chcą się czegoś nauczyć, są w zdecydowanej mniejszości, a grupa traktuje ich

nieprzychylnie - czasem wręcz wrogo. Na szkoleniach tego typu niczego nie można się

nauczyć i tylko marnuje się cenny czas. Do Szkoły Liderów nie powinny więc zapisywać

się osoby, które traktują szkolenia jak wczasy. Na szczęście tutaj nie można liczyć

na ulgowe traktowanie. Już podczas rozmowy kwalifikacyjnej podpisuje się umowę. Niepunktualność, upijanie się, zażywanie narkotyków, palenie w ośrodku, zakłócanie ciszy nocnej, nieuczestniczenie w zajęciach i odsypianie nocnych imprez w ciągu dnia nie wchodzą w grę. Radziłabym przestrzegać tych zasad, gdyż złamanie którejś z nich może się okazać bardzo bolesne (wydalenie ze Szkoły i pokrycie całkowitych kosztów uczestnictwa, czyli do wpłacanych przez uczestnika 450 złotych trzeba by dołożyć jeszcze sześć tysięcy, gdyż tyle wynosiło przyznane każdemu z nas stypendium). Oczywiście w umowie wszystko to jest wyraźnie napisane. Podoba mi się to jasne postawienie sprawy oraz stanowczość i konsekwencja organizatorów. Uważam, że skoro w nas zainwestowano, naturalne jest, iż powinno się od nas wymagać. Mam nadzieję, że już wkrótce zasada ta zostanie wdrożona także przez Polski Związek Niewidomych.

Sądzę również, że do Szkoły nie powinny aplikować osoby chorujące na padaczkę, mające

częste ataki. Pewnie znów wkładam kij w mrowisko i część czytelników stwierdzi, że

dyskryminuję epileptyków, ale życie jest brutalne i trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.

Wiem, co mówię, bo też chorowałam na padaczkę. Co prawda moje ataki polegały głównie

na wyłączeniach się i chwilowym bezdechu, lecz i tak były bardzo męczące. Wiem, że

gdybym w Szkole Liderów brała udział trzy lata wcześniej, ze względu na jej szybkie

tempo, stres i niewystarczającą ilość snu, miałabym co najmniej dwa, trzy ataki.

Teraz powoli kończę już leczenie, ponieważ od prawie trzech lat jest wszystko w porządku.

Mimo to w formularzu zgłoszeniowym napisałam, że choruję na epilepsję, zaznaczając,

od jak dawna nie mam napadów. O chorobie powiedziałam też mojej współlokatorce, gdyż

zazwyczaj ataki miałam wcześnie rano. Ufam, że każdy chorujący na padaczkę jest na

tyle odpowiedzialny, by poinformować o tym organizatorów i w ogóle otoczenie. To

naprawdę bardzo ważne; gdy wszyscy wiedzą, mniej się denerwujemy i mamy mniej ataków,

a w razie ich wystąpienia nikt nie wpada w panikę, ponieważ wie, co powinien zrobić.

Zanim zapiszecie się na tak intensywne szkolenie, zastanówcie się, jak się czujecie

i oceńcie, w jakim jesteście stadium choroby. Czasem lepiej trochę poczekać, gdyż

później można znacznie więcej zyskać.

 

Pochodnia, marzec 2006