Wycieczka do Rzymu.

 

 

Podczas ferii zimowych, z moją przyjaciółką Jolą, poleciałam na 10 dni do Rzymu.

            Przygody zaczęły się jeszcze na lotnisku w Pyrzowicach. Gdy byłyśmy już po odprawie paszportowej, usłyszałyśmy komunikat, że mam się zgłosić do punktu A. Okazało się, że komputer wykasował mnie z systemu, więc pracownicy nie wiedzieli, czy w ogóle jestem na lotnisku. Dostałam nową kartę pokładową.

            Mieszkałyśmy u sióstr zmartwychwstanek. Do Watykanu miałyśmy piechotą tylko 20 minut. Zdziwiło nas to, że na noc zakręcane są kaloryfery.

Co prawda w swoim pokoju też zakręcam, ale tam miałyśmy tylko cienkie koce. Poprosiłyśmy

więc o dodatkowe przykrycie. Zaskoczyły nas też włoskie gniazdka, które mają inny rozstaw niż w Polsce i pasują do nich tylko nasze ładowarki do telefonów komórkowych.

            Dla niewidomych oraz ich przewodników wstęp do większości muzeów jest bezpłatny.

Zwiedziłyśmy m.in.: Museo di Roma (gdzie chodziła za nami jakaś pani, która ciągle przypominała, że nie wolno niczego dotykać; wreszcie udało się nam ją zgubić), muzeum

kapitolińskie, wystawę maszyn zrobionych według projektów Leonarda da Vinci (każdy mógł ich dotknąć i wypróbować, na czym polega ich działanie), hiszpańskie schody, Forum Romanum, place św. Piotra i św. Marka.  Miałyśmy okazję pomodlić się na Świętych Schodach oraz w licznych kościołach. W Muzeach Watykańskich, gdzie dla odmiany pracownicy sami informowali, że wolno dotykać mebli i rzeźb, dostałam angielską broszurkę w brajlu. W innych muzeach nie ma niestety żadnych brajlowskich informatorów dla niewidomych. Muzea Watykańskie można zwiedzać tylko do 13,30,a Coloseum do 15,30! Nie wiem, dlaczego tak krótko wszystko jest otwarte. Sjesty i przerwy Włochów bardzo utrudniają życie, ponieważ marnuje się przez nie dużo cennego czasu. W niektórych kościołach przerwa jest aż czterogodzinna. W jednym ze sklepów sprzedawczyni powiedziała, że niczego nam nie pokaże i nie sprzeda, bo ma przerwę (sklep był otwarty).  Uważam, że skoro Rzym tyle zarabia na turystach, to powinien się do nich chociaż trochę dostosować.

2 razy spotkałyśmy się z siostrą Iwoną, która przez 2 lata była moją wychowawczynią

w rybnickim liceum urszulanek, a teraz jest w Rzymie. To wspaniała, ciepła, życiowa osoba. Załatwiła nam wejście do ogrodów watykańskich.

Oczywiście poszłyśmy też na audiencję. Cieszę się, że mogłam w niej uczestniczyć, ponieważ jest to ogromne przeżycie. Długo nie podobało mi się to, że w tym roku w naszym województwie ferie zimowe są tak wcześnie. Teraz jednak dziękuję za to Bogu: gdybyśmy poleciały do Rzymu później, nie mogłybyśmy w audiencji uczestniczyć, gdyż ze względu na zły stan zdrowia ojca świętego, spotkania z nim zostały odwołane.

            Dzięki sąsiadce Joli, która pracuje u starszego pana, byłego szefa gwardii szwajcarskiej, zrobiłyśmy zakupy w sklepie w Watykanie. Sklep ten jest przeznaczony tylko dla obecnych i byłych pracowników. Trzeba mieć specjalne pozwolenie,

ponieważ tam nie płaci się podatków. Wszystko jest więc znacznie tańsze. Np. wino,

które w zwykłym sklepie kosztuje 7 euro, tam tylko 2! Perfumy są tańsze aż o 10 euro!

Byłyśmy także na dwóch darmowych koncertach. Pierwszy był to występ chóru, który wykonał utwory dawnych i współczesnych kompozytorów. Natomiast drugi, który podobał mi się bardziej, to Mała Msza Rossiniego.

Znalazłyśmy też Włoską Unię Niewidomych, a w niej sympatyczną panią znającą dobrze

angielski, co w Rzymie niezwykle rzadko się nam zdarzało. (Czasem mówił ktoś po francusku, ale zwykle - nawet w muzeach - nie znali żadnego języka obcego. Po angielsku i francusku miałam jednak okazję porozmawiać w naszym klasztorze, ponieważ mieszka tam dużo sióstr studentek z Afryki.) Pani ta poinformowała nas, iż w pobliżu jest sklep ze sprzętem dla niewidomych. Dla tłumów otwarty jest tylko w środy, lecz gdy powiedziałyśmy, że w środę już wyjeżdżamy, załatwiła nam wejście na wtorek. Korzystając z okazji, kupiłam więc mówiący dzbanek, który jest miernikiem cieczy. Co prawda mówi po włosku, ale liczb do tysiąca mogę się nauczyć, a mniej więcej rozumiem go nawet teraz. W Polsce nie ma czegoś takiego. Czekam też na przysłanie angielskiej, brajlowskiej książki o zabytkach Rzymu. Chciałam ją kupić, lecz powiedziano mi, że chętnie pozbędą się jej za darmo. Wydrukowano kilka egzemplarzy dla jakiegoś stowarzyszenia hiszpańskiego. Okazało się jednak, że żaden z tych Hiszpanów nie zna angielskiego. Teraz książki te zajmują więc im tylko miejsce.

            Śniadania jadłyśmy w miłym towarzystwie. Przy stoliku siedziała z nami dr Anna Barańska, która jest historykiem i pracuje na KUL-u. Jest autorką książki „Kobiety w Powstaniu Listopadowym”. Do Rzymu przyjechała na miesięczne stypendium, ponieważ pisze habilitację o stosunkach dyplomacji watykańskiej i rosyjskiej. To bardzo sympatyczna osoba, na pomoc której zawsze mogłyśmy liczyć. W poniedziałek zaprosiła nas na wtorkowy wieczór. Tak świetnie się nam rozmawiało, że dopiero o północy przypomniałyśmy sobie, iż o 22,30 w całym domu włączany jest alarm. Nie wolno się więc po nim poruszać. Posiedziałyśmy jeszcze pół godziny, zastanawiając się, czy w ogóle wychodzić. Doszłyśmy

jednak do wniosku, że jeśli nawet ten alarm się włączy, to i tak nas nie wyrzucą, bo rano wyjeżdżamy. Wreszcie wymieniłyśmy maile, pożegnałyśmy się i  wstrzymując

oddech wyszłyśmy. Na szczęście siostra zapomniała go chyba tego wieczoru włączyć

i - z duszą na ramieniu - dotarłyśmy szczęśliwie do swojego pokoju.

            Zgodnie z warunkami świątecznej promocji biletów lotniczych, daty odlotu i przylotu

można zmienić bez dodatkowej opłaty. Miałyśmy zamiar z tego skorzystać i przedłużyć

pobyt do niedzieli, tym bardziej, że miałam jeszcze kilka dni urlopu. Na lotnisku zmieniłyśmy

jednak zdanie. Nie chciałoby się nam wracać z tak ciężkimi plecakami (moje ważyły

23 kilo), rozpakowywać ich i ponownie pakować. Poza tym, zaczynała pogarszać się

pogoda.

            Nie podoba mi się to lotnisko Ciampino. W przeciwieństwie do Katowic, nie są tam

zapowiadane żadne komunikaty prócz informacji o zakazie palenia. Ludzie łączą się

więc w grupki, patrzą na monitory, a większość i tak nie wie, gdzie należy iść i

co robić. Bardzo długo czeka się też na bagaże, bo oczywiście Włosi się nie przemęczają.

W Rzymie zdziwiło mnie także to, że gdy jechałyśmy z lotniska do centrum, kierowca autobusu tylko na pierwszym przystanku zapowiedział jego nazwę. W metrze, którym w sumie jechałyśmy 3 razy, stacje były zapowiadane tylko raz i to nie od początku.

Samolot przyleciał z Katowic spóźniony, więc wystartowaliśmy z 40-minutowym opóźnieniem. W Polsce zaskoczyła nas zima i autobusy, które z tego powodu wypadły.

            Uważam, że pobyt w Rzymie był wspaniały. Zwiedziłam wiele ciekawych miejsc i poznałam wspaniałych ludzi. Mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę.

 

Głos serca, marzec 2005