Zabawy w integrację

 

Jestem niewidoma. W 2004 r. w Jastrzębiu Zdroju, gdzie mieszkam, odbyło się I Jastrzębskie Dyktando. Postanowiłam wziąć w nim udział. Pisałam na brajlowskiej maszynie, następnie przepisałam je na komputerze. Wygrałam.

 

Dyktando: obawy

Teraz chciałam spróbować sił w Dyktandzie Ogólnopolskim. Prawie miesiąc wcześniej poinformowałam organizatorów o tym, że nie widzę. Wiedziałam, że to dla nich dodatkowe wyzwanie, nie chciałam więc zostawić ich z tym problemem samych. Ponieważ zależało mi na pisaniu tekstu brajlem, zaproponowałam kilka rozwiązań: przepisanie dyktanda na moim udźwiękowionym laptopie lub na komputerze organizatorów, podyktowanie go komuś, odczytanie tekstu i przepisanie na komputerze przez osobę znającą brajla. Opisałam kwestie techniczne poszczególnych opcji, przedstawiłam ich plusy i minusy. Tydzień przed imprezą otrzymałam odpowiedź: dyktando będę pisać na komputerze organizatorów. „Niestety, bardzo nam przykro, nie możemy wyrazić zgody na pisanie brajlem. Każdy z uczestników bowiem tylko raz będzie słyszeć dyktowany tekst i tylko raz będzie miał możliwość zapisać go. Zapisywanie przez Panią dyktowanego tekstu najpierw w brajlu, a potem na komputerze może sprawić, że pozostali uczestnicy złożą protest (wskażą brak równych szans). Nie chcemy do takiej sytuacji dopuścić”.

Trudno było mi zrozumieć organizatorów. Zaraz po napisaniu tekstu przeze mnie, miał być wydrukowany. Nie było możliwe przeczytanie tego, co napisałam, bym mogła poprawić ewentualne literówki. A przecież nie da się dobrze napisać tekstu, w dodatku dyktowanego w szybkim tempie, nie mając nad nim żadnej kontroli. To tak, jakby osobie widzącej kazano zrobić korektę tekstu przy wyłączonym monitorze lub zaprosić ją do uczestnictwa w dyktandzie i zawiązać oczy. Czy rzeczywiście więc moje dwukrotne pisanie tekstu i pozostawienie w archiwum brajlowskiego oryginału kogokolwiek by dyskryminowało?

„Jurorzy mają obawy, czy sprosta Pani tempu dyktowania tekstu”. Brajlem piszę szybko, więc nie bałam się, że nie nadążę. Szybko i dziesięcioma palcami piszę także na komputerze. Jednak, jak już mówiłam, trudno byłoby mi pisać, nie mając nad tekstem kontroli.

Skontaktowała się ze mną kolejna osoba, mówiąc: – Zawsze chciała pani być traktowana na równi z innymi. Ma więc pani to, na czym tak bardzo pani zależy.

– Czym jest równe traktowanie? Czy ma polegać na tym, że 4999 uczestników dyktanda widzi tekst, a ja nie? O równych szansach będziemy mogli mówić wtedy, gdy pozostałym osobom zawiąże się oczy.

– Organizujemy konkurs Mówca Znakomity. Bierze w nim udział osoba niedowidząca, dla której niczego nie dostosowujemy.

– Mówca Znakomity pracuje gardłem i głową, nie oczami. Jak można te dwie sprawy porównywać? Co się stanie, jeśli kiedyś zgłosi się ktoś niesłyszący? Czy będzie to świadczyło o jego arogancji i braku taktu? Przecież korzystając z pomocy tłumacza języka migowego, mógłby w tym konkursie normalnie uczestniczyć! Nie byłoby to zawracaniem komuś głowy, lecz doskonałą promocją konkursu. Gdzie jest więc granica między nieuzasadnionymi roszczeniami a niezbędnymi adaptacjami?

– Jest pani inteligentna. Powinna więc pani zrozumieć organizatorów.

– Rozumiem. Wiem, że to nowa, stresująca sytuacja. Właśnie dlatego zaproponowałam różne rozwiązania. Czy jednak także organizatorzy mogliby spróbować zrozumieć mnie?

– Są osoby, które brały udział we wszystkich dyktandach, lecz i tak nigdy nie wygrały.

– Nie nastawiam się na wygraną. Jednak do udziału w dyktandzie solidnie się przygotowywałam. Chciałabym więc wziąć w nim udział na tych samych prawach, co pozostali uczestnicy.

– Skoro sytuacja tak bardzo panią stresuje, byłoby dla pani lepiej, gdyby się pani wycofała.

Pewnie w tym momencie rzeczywiście tak byłoby najlepiej. Rozmowa była przykra i miałam ochotę się wycofać. Było mi jednak szkoda pracy, którą włożyłam w przygotowanie. Czułam, że jeśli zrezygnuję, będę tej decyzji żałować.

 

Egzamin: szok

Uparłam się, bo zależy mi na prawdziwej integracji niepełnosprawnych i pełnosprawnych. To długotrwały, żmudny proces, wymagający otwartości i dobrej woli obu stron.

W 2005 r. zdawałam egzamin na tłumacza instytucji Unii Europejskiej. Na stronie European Personel Selection Office – organizatora konkursu – napisano, że Unia prowadzi politykę antydyskryminacyjną, więc do udziału zaprasza się również osoby niepełnosprawne. Okazało się jednak, że nawet strona internetowa EPSO nie spełnia unijnych standardów dostępności. Zadzwoniłam do Brukseli, by dopytać, jak mam się zgłosić. Urzędniczka była zszokowana. Usłyszałam, że oczywiście niepełnosprawni są mile na egzaminach widziani, ale przecież jeszcze nikt z tej możliwości nie skorzystał. O co więc w tym wszystkim chodzi? Po co wypisywać szczytne hasła i zaproszenia, mając nadzieję, że nikt się nie zgłosi? Z Brukselą korespondowałam przez kilka miesięcy. Zaproponowałam sposób wypełnienia formularza, przefaksowałam dokumenty, opisałam, jak wyobrażam sobie przebieg egzaminu, zasugerowałam rozwiązania techniczne, podałam adresy brukselskich organizacji, które mogłyby przepisać na brajla testy i teksty do tłumaczenia. W końcu zrozumieli.

Egzamin odbył się bez większych niespodzianek. Na początku nie działał tylko unijny laptop, szef brukselskich egzaminatorów nie umiał go uruchomić. Potem nie potrafił ustawić polskich liter, a na koniec zaczął się głośno denerwować, że mój czas skończył się pięć minut temu, a przecież wszyscy muszą być traktowani w jednakowy sposób... Próbowałam mu wytłumaczyć, że przecież byłam gotowa do pracy i to nie moja wina, że pojawiły się problemy z komputerem. Brak reakcji. Przez te zakłócenia mój czas pisania jeszcze bardziej się wydłużył, tekst napisałam jednak do końca. Czy było to z mojej strony nadużycie? Kto z nas dwojga zachował się niestosownie? Czy obrona należnych praw jest czymś nagannym? Czy domagałam się ulgowego traktowania?

 

Test: smutek

Wiem, że część niepełnosprawnych jest roszczeniowa. Gdy na liście dyskusyjnej napisałam, że niepełnosprawni studenci nie powinni otrzymywać stypendiów ze względu na niepełnosprawność, lecz ze względu na osiągane wyniki, ostro mnie zaatakowano. Gdy w swoim kole Polskiego Związku Niewidomych apelowałam, by od Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej nie żądać kaloryferów czy lodówek, które nie są sprzętem rehabilitacyjnym, albo instalowania w domu prywatnym windy, ludzie zareagowali wrogo.

Integracja jest możliwa wyłącznie przez dialog. Maria Grzegorzewska, założycielka Państwowego Instytutu Pedagogiki Specjalnej i prekursorka polskiego kształcenia specjalnego, już prawie sto lat temu kładła nacisk na konieczność dwustronnej edukacji: niewidome dziecko uczy się od otaczających je widzących dorosłych, ale także widzący nauczyciel powinien uczyć się od niewidomego, bo dzięki temu pozna to, co do tej pory było dla niego niedostępne.

W przystosowanym dla niewidomych szóstoklasistów teście znalazło się następujące zadanie: „Fotografia przedstawia mężczyznę, który ma nasunięty na oczy kapelusz i opuszczone kąciki ust. Powiedz, w jakim jest nastroju”. Jestem niewidoma od urodzenia. Sądzę, że gdyby w wieku lat trzynastu zadał mi ktoś takie pytanie, nie wiedziałabym, jaki nastrój wyrażają opuszczone kąciki ust. Czy mówienie o konieczności dokonania zmian w testach jest bezzasadnym roszczeniem, czy znajomością realiów i chęcią wyrównywania szans?

 

 

Wracając do tematu dyktanda: ostatecznie pisałam brajlem, a następnie przepisywałam na nieudźwiękowionym laptopie organizatorów. Przed rozpoczęciem imprezy podeszła do mnie jakaś pani, by ustalić szczegóły techniczne. Zapytałam, czy ktoś mógłby mi przeczytać to, co napisałam, bym mogła poprawić ewentualne literówki. Usłyszałam, że nie, ponieważ jej literówki też się zdarzają. Próbowałam wytłumaczyć, że w przeciwieństwie do mnie, ona widzi to, co pisze. Przypuszczam, że przepisując tekst, popełniłam jakieś błędy. Być może nie zadziałał gdzieś klawisz shift albo zamiast myślnika nacisnęłam zero. Trudno było mi się skupić, bo tekst przepisywałam w hali Spodka, w której w tym czasie odbywał się finał konkursu na najlepszego mówcę. Mimo to cieszę się, że wzięłam udział w narodowej klasówce. Dziękuję organizatorom, że zrozumieli część moich argumentów i umożliwili mi start. Za rok spróbuję ponownie. Mam nadzieję, że tym razem będę mogła skorzystać z udźwiękowionego komputera, który nie podpowiada pisowni, a jedynie odczytuje litery z ekranu, lub z pomocy osoby widzącej.

 

HANNA PASTERNY (ur. 1979) jest romanistką, zaangażowaną społecznie na rzecz integracji niepełnosprawnych, jedyną jak dotąd osobą niewidomą zakwalifikowaną do udziału w Letniej Szkole Liderów Społeczeństwa Obywatelskiego. Pracuje jako asystentka jednego z posłów.

 

Tygodnik Powszechny, nr 31, 5.08.2007